O autorze
Dziennikarz sportowy. Absolwent WSH o kierunku: Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna. Pisałem w Tygodniku Kibica. Obecnie przeczytać mnie można na Ekstraklasa.net

twitter: @s.czaplinski
e-mail: s.czaplinski@gmail.com

Maciej Wilusz: Do Holandii wróciłbym na nogach [WYWIAD]

Maciej Wilusz
Maciej Wilusz MW
- Przykre, że nie udało mi się zadebiutować w pierwszym zespole, czy to Heerenveen, czy Sparty Rotterdam. W wieku 17 lat byłem przecież zawodnikiem pierwszego zespołu Heerenveen. Miałem okazję trenować z naprawdę dobrymi zawodnikami. Gdybym miał wyjechać jeszcze raz w tak młodym wieku, to nie zastanawiałbym się ani minuty - mówi Maciej Wilusz, kapitan GKS-u Bełchatów.

Ile w tobie holenderskiego charakteru?
Bardzo dużo. Procentowo pewnie trudno to ocenić, ale to w Holandii przeżyłem okres dojrzewania i tam tak naprawdę się wychowywałem, zarówno pod względem piłkarskim, jak i życiowym. Zauważyłem po powrocie do Polski, że na różne tematy mam zupełnie inną opinię, niż moi polscy koledzy, a to bierze się przede wszystkim z tego wspomnianego przez ciebie holenderskiego charakteru. Na pewno nie jest go we mnie mało.

W Holandii spędziłeś 5 lat. Sporo?
Miało być więcej. Na pewno był to okres, z którego sporo wyniosłem i nie żałuję tego, że wyjechałem do obcego kraju w tak młodym wieku. Jedyne czego żałuję, to kontuzje, które podczas pobytu w Holandii mnie dręczyły. W znaczny sposób przystopowały mój rozwój piłkarski.

Kontuzje były większym problemem, niż chociażby tęsknota za rodziną?
Zdecydowanie. Ja już od najmłodszych lat zakładałem sobie, że chcę grać w najlepszych ligach świata i nawet przez myśl nie przechodziło mi, że mógłbym wrócić do Polski. W Holandii szło mi naprawdę bardzo dobrze. Niejednokrotnie byłem chwalony przez tamtejszych trenerów. Niestety kontuzje szybko zweryfikowały moje marzenia i to w zasadzie tylko i wyłącznie przez nie byłem zmuszony powrócić do Polski.

Debiutu w Eredivisie brakuje ci chyba najbardziej?
Przykre, że nie udało mi się zadebiutować w pierwszym zespole, czy to Heerenveen, czy Sparty Rotterdam. W wieku 17 lat byłem przecież zawodnikiem pierwszego zespołu Heerenveen. Miałem okazję trenować z naprawdę dobrymi zawodnikami. Gdybym miał wyjechać jeszcze raz w tak młodym wieku, to nie zastanawiałbym się ani minuty. Im wcześniej tym lepiej. Na zachodzie można naprawdę wiele się nauczyć. Człowiek dojrzewa tam znacznie szybciej pod względem piłkarskim, czy też życiowym.

Brak debiutu w pierwszym zespole, kontuzje, bycie samym z dala od rodzinnego domu... Mimo wszystko, dużo tych negatywnych wspomnień.
Ale naprawdę zdecydowanie więcej jest tych pozytywnych! Jeżeli w wieku 17 lat słyszysz od kolegów z drużyny, czy trenerów, że widzą w tobie naturalnego następcę dwójki środkowych obrońców pierwszego zespołu Heerenveen, to aż chce ci się trenować i przebywać w tym otoczeniu. Nagle łapiesz jednak kontuzję i wszystkie plany lecą na łeb, na szyję. Podobnie było wtedy, kiedy miałem 19 lat i wylądowałem w Sparcie Rotterdam. Byłem w bardzo wysokiej formie. Trener jeszcze tydzień przed inauguracją ligi zapewniał mnie, że mam zagwarantowane miejsce na środku obrony. I znowu dramat. Miałem inne plany. Chciałem pokazać się w Holandii. Zagrać kilka naprawdę dobrych spotkań i poszukać szczęścia w innej, silniejszej lidze. Potoczyło się to jednak zupełnie inaczej, ale pozytywnych wspomnień z Holandii na pewno nie brakuje.

Trudno się jednak nie załamać...
Miałem bardzo ciężki okres. Chyba najtrudniejszy w moim życiu. Na całe szczęście nie byłem z tym wszystkim sam. Miałem kontakt, czy to telefoniczny, czy też przez skype ze swoją rodziną, która wspierała mnie w tych trudnych momentach na każdym kroku. W Rotterdamie przebywał wtedy również Michał Janota, który nie raz wyciągał mnie z domu i razem spędzaliśmy czas na mieście. To były naprawdę ciężkie chwile i aż trudno wraca się do nich myślami. Na całe szczęście wyszedłem z tego jakoś i udało mi się stanąć na równe nogi. Muszę w tym miejscu wspomnieć także o tym, jak w profesjonalny sposób podeszły do całej sprawy moje ówczesne zespoły. W Heerenveen, kiedy tylko usłyszeli o diagnozie, bardzo się załamali. Szybko jednak skierowali mnie do najlepszego ośrodka rehabilitacyjnego w Holandii, gdzie opłacali mój pobyt. Hotel, wyżywienie... Wszystko było na ich koszt, a naprawdę nie były to małe pieniądze. W Sparcie Rotterdam było podobnie. Byłem pod ciągłą obserwacją, a wszystkie osoby w klubie ofiarowały mi swoją pomoc.

Ostatecznie rozwiązałeś jednak kontrakt za porozumieniem stron ze Spartą Rotterdam. Postanowiłeś wrócić do kraju.
Wróciłem do Polski z tego względu, aby zacząć wszystko od nowa. Miałem jeszcze przez rok ważny kontrakt ze Spartą i mogłem tam zostać i się rehabilitować. Podjąłem jednak ryzyko związane z powrotem do naszego kraju. Wszystko robiłem na własną rękę. Rehabilitacja, indywidualne treningi, wszystko to załatwiałem z własnej kieszeni. Było ciężko, ale na to się nastawiałem.

Mówiłeś o tym, że musiałeś rehabilitować się na własną rękę. Nikt w Polsce nie chciał ci pomóc?
Kiedy wracałem do Polski, pierwszym zespołem z którym zacząłem trenować był GKS Bełchatów. Ostatecznie jednak nie doszło do podpisania kontraktu. Nie chcę się wypowiadać do końca na ten temat, ale zauważyłem wtedy, że pewnym osobom w tym klubie ufać nie można. Z góry zaznaczam, że tych osób nie ma już teraz w Bełchatowie. Trener Rafał Ulatowski był zainteresowany dalszą współpracą, ale kilku jego „podpowiadaczy” wybiło mu ją z głowy. Mówiło się, że nie chcą wiązać się z zawodnikiem, który leczy uraz, za chwilę słyszałem, że Bełchatów dostał zgodę na tylko jeden transfer, a za chwilę mówiono jeszcze coś innego. Dziwna sprawa. Wyjechałem więc do Wrocławia i tam trenowałem kilka razy ze Śląskiem. Tam też nie wyszło. Zauważyłem wtedy, że w Polsce do pewnych spraw podchodzi się zupełnie inaczej niż w Holandii. Dla mnie było to szokiem. Musiałem jednak się z tym wszystkim pogodzić i przełknąć to wszystko niczym gorzką pigułkę.

Aż w końcu pojawiła się oferta z MKS Kluczbork.
Po okresie treningów ze Śląskiem Wrocław powiedziałem sobie, że w końcu trzeba znaleźć sobie klub i podpisać umowę. Treningi nic mi nie dadzą. Muszę zacząć grać! Było kilka opcji. Postanowiłem jednak, że zacznę grać w niższej lidze, aby powoli wchodzić na coraz wyższy poziom. Do Kluczborka sprowadził mnie trener Grzegorz Kowalski, którego wspominam bardzo ciepło. Gdyby nie on, to pewnie nigdy nie trafiłbym do tego zespołu.

Szok był pewnie niemały. Z jednej strony Heerenveen, a z drugiej Kluczbork.
No pewnie, że tak. Nie ma nawet o czym mówić. Niektóre kluby Ekstraklasy blado wypadają na tle Heerenveen, a co dopiero Kluczbork. Różnica była bardzo duża, ale ja tego się spodziewałem i wiedziałem na co się piszę. Ale tam nie wszystko było złe. Wręcz przeciwnie. Gdyby ktoś zajął się tam w odpowiedni sposób bazą treningową, to byłaby ona jedną z najlepszych w Polsce. Tam niczego nie brakuje. Kompleks treningowy jest na naprawdę wysokim poziomie.

Wywalczyłeś sobie miejsce w tym zespole, jednak pobytu tam nie będziesz chyba wspominał za dobrze, bo ostatecznie spadliście do 2. ligi...
Przez długi czas utrzymywaliśmy się nad strefą spadkową. Nie mogłem wystąpić w końcówce sezonu, ponieważ nabawiłem się pęknięcia kości w śródstopiu. Nie byłem w stanie pomóc wtedy zespołowi. Spadek nie jest niczym przyjemnym, tym bardziej, że później przez pół roku występowałem na boiskach 2. ligi. To był dla mnie kolejny cios, który na długo utkwił mi w pamięci. Musiałem spędzić pół roku na peryferiach poważnej piłki. Miałem zmienić klub na zespół z Ekstraklasy, ale niektóre osoby nie wywiązały się z danych mi obietnic. A 2 liga? To była przepaść. Okres, o którym również chciałbym jak najszybciej zapomnieć.

Na całe szczęście udało ci się zmienić otoczenie wiosną 2012 roku. Podobno zainteresowany tobą był Widzew Łódź?
To prawda, ale ja od samego początku chciałem grać w Bełchatowie. Widzew nie wykazywał aż tak dużej determinacji do zatrudnienia mojej osoby, co „Brunatni”.

Nie zraziłeś się do Bełchatowa, po tym co spotkało cię wcześniej?
Hmm... Nie ukrywam, że też długo o tym myślałem. Jednak wiedziałem, że w Bełchatowie mają bardzo dobrą bazę treningową i jest to zespół, który dawał gwarancję piłkarskiego rozwoju. Było tu kilku naprawdę dobrych zawodników, od których można było bardzo dużo się nauczyć. Poza tym Bełchatów wyglądał na klub zdecydowanie lepiej zorganizowany, niż chociażby Widzew i wykazujący większą chęć pozyskania mnie. Podjąłem decyzję o transferze do GKS-u i dziś tego nie żałuję.

Szybko odnalazłeś swoje miejsce w nowym zespole.
Już po pierwszych treningach, po pierwszych obozach przygotowawczych wiedziałem, że trafiłem w dobre miejsce. Chłopaki z zespołu przyjęli mnie świetnie. Tworzyliśmy bardzo fajną grupę ludzi. Dzięki nim mogłem powoli i skutecznie wracać do coraz wyższej formy. Zadebiutowałem w meczu z Lechem Poznań. Miałem 23 lata. Dla niektórych osób było to dużo, jak na debiut w Ekstraklasie, jednak ja w swojej przygodzie z piłką dużo musiałem wycierpieć. Być może, gdybym nie wyjechał w tak młodym wieku do Holandii, to w pierwszy występ w Ekstraklasie zanotowałbym w wieku 18 lat? Zagrałem dobry mecz i udanie wprowadziłem się do zespołu.

Na tyle udanie, że już po kilku miesiącach założyłeś na ramię opaskę kapitana.
Nie będę ukrywał, że nieco zaskoczyła mnie ta decyzja sztabu trenerskiego. Bardzo się jednak z tego powodu ucieszyłem i z dumą przyjąłem tą kapitańską opaskę. To był znak, że trenerzy, a także zawodnicy z zespołu obdarzyli mnie dużym zaufaniem. Ciągle pracuję nad tym, aby kapitanem być jak najlepszym, aby w każdej chwili mogli na mnie liczyć, bo rola jest dosyć poważna.

Mówi się, że kapitan opuszcza tonący statek jako ostatni. Ty tonącego statku pod nazwą „Bełchatów” jednak nie opuściłeś, mimo że pożegnaliście w poprzednim sezonie Ekstraklasę...
W drugiej rundzie poprzedniego sezonu zdobyliśmy naprawdę dużo punktów. To była dziwna runda, bo zespoły, z którymi walczyliśmy o ekstraklasowy byt, również zaczęły seriami zdobywać punkty. Wydaje mi się, że głównym powodem tego, że pożegnaliśmy się z Ekstraklasą była fatalna runda jesienna w naszym wykonaniu. To ona w głównej mierze zadecydowała o tym, że dziś gramy w 1. lidze. Niektórzy z nas do dzisiaj mocno przeżywają finał poprzedniego sezonu, ale najważniejsze, że tworzymy udany team, w którym nadal jestem kapitanem. Pokazaliśmy na początku tego sezonu, że gramy bardzo ciekawy futbol i zmierzamy w kierunku, którym jest powrót do Ekstraklasy.

Po spadku z Ekstraklasy, miałeś propozycje z innych klubów?
Pojawiały się oferty. Ale to temat, który trzeba by było omówić z władzami klubu, bo to oni mają więcej informacji i to oni są bardziej wtajemniczeni. Ja gram w piłkę i na tym się skupiam. Nie jestem typem zawodnika, który w jakiś szczególny sposób skupia się na transferowych rozgrywkach.

Od momentu twojego powrotu do Polski minęło właśnie 3 lata. Jak je ocenisz?
Moje ambicje i myśli sięgały znacznie wyżej. Cieszę się, że udało mi się trafić do Bełchatowa, a więc klubu, gdzie znów mogłem grać profesjonalnie w piłkę. Poświęcam dużo pracy nad sobą. Mam do tego również odpowiednie warunki. Wygląda to obecnie dużo, dużo lepiej, niż zapowiadało się to wszystko na początku. Transfer do Bełchatowa dał mi naprawdę wiele. Chcę być w jak najlepszej dyspozycji. Chciałbym kiedyś znowu zagrać w jakimś zagranicznym klubie, takim gdzie mógłbym się rozwijać, oraz skutecznie i systematycznie podnosić swoje umiejętności.

Słyszałem, że jeżeli dostałbyś ofertę z jakiegoś holenderskiego klubu, to poszedłbyś do niego nawet na nogach.
Bez zastanowienia...

Rozmawiał: Sebastian Czapliński/Ekstraklasa.net
Obserwuj mnie na Twitterze! @s_czaplinski
Trwa ładowanie komentarzy...